PKM-ka okiem inżynierów i projektantów

Wto, 5 Lip 2016 • Hist. recenzje

Książki (i nie tylko) występują w kilku obiegach. Większość chyba zgodzi się, że w księgarskim, wtórnym (w tym antykwarycznym) i wypożyczeniowym (znajomościowo-bibliotecznym). W trudnych czasach bywa też obieg „podziemny”, nieoficjalny. To jednak nie wszystko.

Z pewnym zdziwieniem odkryłem obieg – jakby go nazwać? – marketingowo-pamiątkowy. To chyba dobre określenie. Nie zauważyłem tego przez – już coraz bardziej odległe – lata pracy w „Dzienniku Bałtyckim”, choć – trzeba przyznać – w prasie też się pojawiało. W przypadku książek jakoś tak zauważam to dopiero teraz. Zdarzyło się, że w przypadku przygotowywanej przeze mnie do druku książki („Nowy Bedeker Gdyński”) powstał osobny wariant. Jeden ze sponsorów zażyczył bowiem dla siebie pewną liczbę egzemplarzy tylko ze swoim logo. Wiem, że w przypadku mojej publikacji („Koleją z Wrzeszcza na Kaszuby”) PKM również umówiła się z wydawcą na pewną liczbę egzemplarzy, które później rozdawane były w konkursach lub wręczane ważnym gościom (oj, podpisywało się serię). Tu jednak było to to samo wydanie. Ba, przecież PKM wydała album podsumowujący budowę, w którym znajduje się kilka moich zdjęć, a który przeznaczony był tylko do konkursów i wspomnianego wręczania. W tzw. międzyczasie przemknęła informacja, że materiały pokonferencyjne z jubileuszu 7. Łużyckiej Dywizji Desantowej zostały wydane i dostępne są tylko dla byłych żołnierzy jednostki (później ukazały się w formie książki – „Dzieje nieco zapomnianej polskiej piechoty morskiej w papierowym wydaniu”). Jednak dopiero publikacja Transprojektu GdańskiegoBudimeksu spowodowała, że się zdziwiłem, czy też zacząłem nad tematem zastanawiać się bardziej.

O publikacji wiedziałem już od co najmniej kilku miesięcy. Gdzieś w połowie 2015 r. oddawałem do niej swoją cegiełkę, rozdział będący historycznym wprowadzeniem do tematu, którym była – a jakże – budowa PKM. Tak, Transprojekt wraz z Budimeksem także wydał swoje podsumowanie. Mniej albumowe niż to PKM-ki, bardziej inżynierskie, pamiątkowe dla swoich pracowników i zapewne gości oraz kontrahentów. Ot, ciekawostka.

Skoro jednak do tej publikacji dokładałem swoją cegiełkę, to zostałem też obdarowany egzemplarzem. Książka mnie zaskoczyła, i to pozytywnie. Dawno nie miałem w ręku publikacji tak fajnie poskładanej i do tego z pewnym rozmachem. Materiał ilustracyjny został wykorzystany znakomicie, przyjemnie ułożony i poprawnie zreprodukowany w druku (mogło być lepiej jak zawsze, ale i tak jest bardzo porządnie). Skład tekstu poprawny i dzięki temu dobrze się czyta, choć wiersze są długie. Niby powinny być węższe, ale – wspominałem o tym choćby przy okazji opisu książki Jana Daniluka („Sztafety Ochronne w niemal sublokalnym ujęciu”) – to jak jest napisane też robi swoje. Co do treści, to z pewnością rozdział historyczny (czyli mój) mógłby być lepszy. Wydaje się mi po prostu, że piszę już lepiej niż te 8-10 miesięcy temu. Kolejne rozdziały są o wiele lepsze, a dla mnie nawet ciekawsze. Niedługi, ale kompleksowy i ilustrowany opis kolejowej inwestycji od projektu przez budowę po szczegóły takie jak: iluminacje jednego z wiaduktów, kwestie energetyczne, zastosowane w trakcie budowy rozwiązania geotechniczne czy teletechnikę i systemy informacyjne. To zupełnie inny sposób pisania, ale też totalnie inne spojrzenie na temat, który w trójmiejskiej historii znaczenie ma niebanalne. Trzeba pogratulować wydawcom, robota znakomita i szkoda, że publikacji nie można kupić. Zapewne znalazłaby się grupa chętnych. Pewnym pocieszeniem jest to, że książka powędrowała także do bibliotek. Dzięki temu z bardzo ciekawym projektowo-inżynierskim spojrzeniem na powstanie PKM szansę ma zapoznać się większa grupa odbiorców.

Przy okazji warto wspomnieć, że tym samym PKM doczekała się już czterech publikacji. Oprócz opisywanej oraz wcześniej wspomnianych, jest przecież jeszcze wydany w 2014 r. e-book Kamila Wrotkowskiego „Problem odbudowy linii kolejowej Gdańsk Wrzeszcz – Kokoszki w drugiej połowie lat 50. XX w.” („Książkowo, ponownie kolejowo”).

PS. W trakcie pisania przypomniało się mi, że będąc kiedyś w gościnie u Macieja Kosycarza, szperając wśród starych zdjęć, miałem okazję widzieć finalizowanie publikacji albumowej z jubileuszowej imprezy pewnej dużej firmy.